Delegacja Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej ze Sztandarem Towarzystwa pożegnała Honorowego Członka Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej, Jerzego Sawickiego. Były komendant Drużyny Harcerzy – Weteranów Ziemi Łomżyńskiej, prezes Oddziału Warszawskiego TPZŁ, członek Zarządu Głównego TPZŁ zmarł w Warszawie 26 lutego 2016 r. Miał 91 lat. W książce „Nasze biografie” (Oddział Warszawski TPZŁ, 2006 r.) opublikował swój życiorys. Oto jego obszerne fragmenty:
*
Jako syn Stanisława i Marii z domu Wiśniewskiej urodziłem się w Łomży 20 stycznia 1925 roku. Byłem najmłodszym dzieckiem wśród rodzeństwa, złożonego z czterech sióstr i jednego brata. Ojciec mój po odbyciu służby w wojsku carskim na Dalekim Wschodzie przybył do Polski i był zatrudniony na kolei. Po wybuchu wojny w 1914 r. był ewakuowany do Petersburga, w którym urodziły się moje dwie siostry. W zamęcie rewolucji bolszewickiej cała rodzina zdołała wrócić w strony rodzinne i ojciec zatrudnił się na kolei w Łomży, gdzie pracował do emerytury.
Wpływ na moje wychowanie, kształtowane przez rodziców miała też specyficzna atmosfera wspólnoty kilkunastu rodzin kolejarskich, które osiedliły się w sąsiedztwie łomżyńskiego dworca kolei wąsko- i szerokotorowej wzdłuż ul. Obwodowej (obecnie gen. Sikorskiego). Miejscem częstych spotkań chłopców w większości w wieku przedszkolnym była świetlica mieszcząca się w budynku nieistniejącego już od wojny dworca stacyjnego, w której znajdował się lampowy odbiornik radiowy. Był on wielką atrakcją, gdyż w naszych domach - jeśli w ogóle - to były odbiorniki kryształkowe ze słuchawkami. W tej świetlicy zbieraliśmy się często, zwłaszcza w okresie zimowym i dzięki temu rozpoczęła się moja i pozostałych kolegów, zuchowa przygoda. Zainteresował się nami starszy o prawie 10 lat Władek Gulanowski, również syn kolejarza. Był on wówczas przybocznym komendy drużyny ZHP im. Henryka Dąbrowskiego przy Szkole Powszechnej Nr 3 przy ul. Sienkiewicza. Większość z nas, w tym również i ja, mieliśmy wkrótce podjąć naukę w tej szkole. Doświadczenie dh. Władysława, cechująca go bezpośredniość, życzliwość i umiejętność postępowania z młodszymi, przesądziły o przyjęciu jego propozycji, byśmy utworzyli nieformalny zastęp harcerski.
Wkrótce „Władkowy Zastęp”, jak go nazywali nasi rodzice podjął działania w formie wyczynów sportowych: palant, skoki, biegi, rzut kulą (w praktyce dobranym kamieniem) oraz zbiórek, m.in. na Krasce, w scenerii ćwiczebnych okopów 33 pp, zagajników i płynące3j obok Łomżyczki. Były też dalsze wypady do Jednaczewa i Giełczyna. W tym plenerze z największym zainteresowaniem odbieraliśmy przekazywane przez dh. Władka opowiadania o niedawnej historii naszej Ojczyzny, Legionach Józefa Piłsudskiego, obronie Lwowa, powstaniach śląskim i wielkopolskim oraz o bohaterach stawiających opór nawale bolszewickiej w 1920 r. Wpajał w nas zasady braterstwa, solidarności i potrzeby niesienia wzajemnej pomocy w trudnych sytuacjach.
Mijały lata pogodne, dzięki talentom przywódczym i organizacyjnym dh. Władysława, lata obfite w ciekawe wydarzenia, jednak gdy większość z nas rozpoczynała naukę w szkołach średnich, nasze kontakty uległy rozluźnieniu. W roku 1938, gdy podejmowałem naukę w łomżyńskim gimnazjum, stałem się natychmiast członkiem działającej przy nim Drużyny im. Tadeusza Kościuszki. Już na wstępie przekonałem się, jak dobrze, dzięki Władkowi, zostałem przygotowany do pełnienia harcerskiej służby. W sierpniu 1939 r. brałem udział w ostatnim obozie drużyny, zorganizowanym w tradycyjnym obozowisku bieszczadzkim Worochta. W mojej pamięci pozostały na zawsze gawędy druha profesora Stefana Woyczyńskiego – komendanta Chorągwi, które wygłaszał przy tych obozowych ogniskach, apelując byśmy w nadchodzących czasach próby, zawsze dochowali wierności Przyrzeczeniu i Prawu Harcerskiemu. Profesor został zamordowany w Katyniu.
Po dramatycznych wydarzeniach września 1939 r. i wkroczeniu Armii Czerwonej 23 września do Łomży, oznaczającym zapoczątkowanie okupacji, podobnie jak moi koledzy z klasy I gimnazjum, rozpocząłem uczęszczanie do VI klasy sowieckiej 10-latki. Podejmowaliśmy uporczywe działania o utrzymanie krzyży w klasach, odmawialiśmy jak przed wojna modlitwy przed lekcjami i po nich. Prymitywna propaganda nauczycieli nasyłanych z b. ZSRR, usiłujących siać nienawiść do polskich władz i naszej pokonanej armii oraz głoszone przez nich wartości, oparte na „walce klas” były z oburzeniem odrzucane.
Nowy rozdział w moim życiu zapoczątkowała okupacja niemiecka w końcu czerwca 1941 r. Podobnie jak moi koledzy z „Obwodówki”, w tym kilku uczniów gimnazjum, zdecydowaliśmy w lipcu 41 zatrudnić się na pobliskiej kolei. Niemiec – zawiadowca zatrudnił nas bez oporów, jednak w pierwszej dekadzie września oświadczył, że w ciągu 2 godzin mamy stawić się, by odjechać do roboty do Prus Wschodnich. W przypadku ucieczki represje dotkną całe rodziny. Po przybyciu do Nidzicy (Neidenburg) zostaliśmy umieszczeni w pociągu budowy torów (Bauzug 1604). Robotnicy z Łomży, Łomżycy, Kadzidła i Myszyńca zamieszkiwali po ośmiu w wagonie. Wykonywaliśmy prace na różnych stacjach Prus. Po zimowym okresie szkolenia w remoncie torów Bauzug skierowano nas na Ukrainę, Rosję (Kursk) i Białoruś. Byliśmy atakowani przez rosyjskie lotnictwo, ale największym zagrożeniem były ataki partyzantów, zwłaszcza na gęsto zalesionych obszarach Białorusi. Z ogólnej liczby 64 polskich robotników Bauzugu, 1/3 pozostała na zawsze na Wschodzie. Najczęściej po krótkiej pożegnalnej modlitwie, grzebani na odludziu przy torach kolejowych (...)
Więcej w najbliższym, 45 wydaniu "Wiadomości Łomżyńskich" - JUŻ WKRÓTCE!


