
Na chrzcie dano jej imiona Anna Weronika – imiona łagodne, refleksyjne i nieco dostojne. Ona jednak już w dzieciństwie była zupełnie inna – szalona, żywiołowa, skłonna do wygłupów. Później też żyła szybko, „na najwyższych obrotach”. Tak jej nakazywał temperament. Dlatego przybrała imię Hanka. „Dziś nie umiem sobie nawet wyobrazić siebie jako Hanny lub – co gorsza – Anny Bielickiej” – stwierdziła po latach.
Ilekroć jednak przyglądam się życiu pani Hanki, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej kobiecie-wulkanie zawsze gdzieś w głębi, pod powierzchnią nieustającego śmiechu, trwała Anna – taka jak ta z piosenki Czerwonych Gitar: „Smutne oczy, piękne oczy, smutne usta bez uśmiechu. (…) Anna Maria smutną ma twarz. Anna Maria wciąż patrzy w dal.”
Estrada, kolorowe stroje, piękne kapelusze, światła, oklaski i śmiech, śmiech, śmiech… Nie tylko to składało się na życie Hanki Bielickiej. Gdzieś pod jej serdecznym uśmiechem dla ludzi tkwiła pamięć o wydarzeniach, których nikt nie ośmieliłby się nazwać radosnymi. Hanka po prostu umiała wziąć się w garść. Ludzie najwidoczniej nie chcieli zbytnio interesować się jej prawdziwym życiem. Wszystkim wystarczał sceniczny wizerunek chichotki w dużym kapeluszu. Czasem to sprawiało jej przykrość. „Nie lubię, gdy pod kapeluszem nie dostrzegają mnie, Hanki Bielickiej, aktorki i człowieka”.
Urodziła się podczas I wojny światowej. Beztroskie młodzieńcze lata przerwała nagle i okrutnie II wojna. Hanka Bielicka należy do pokolenia, którego młodość zbiegła się z największą tragedią ludzkości. Czy trzeba więcej słów?
Jej ojca aresztowało NKWD. Umarł samotnie na dalekiej Syberii. Po nim wywieziono matkę, siostrę i babcię. Mieszkały w Kazachstanie w strasznej biedzie. Tam zmarła babcia Hanki. Matka i siostra wróciły do Polski po latach. Dwaj cioteczni bracia zginęli w Katyniu, trzeci został rozstrzelany w twierdzy lubelskiej przez wycofujących się w 1945 r. Rosjan. Bielicka wojnę przetrwała w Wilnie, gdzie przebywali uchodźcy z całej Polski. Patrzyła na ludzi, którzy stracili wszystko. Nadeszły smutne czasy, a ona przecież była młoda i pełna życia. Umiejętności zdobyte w warszawskiej szkole chciała wykorzystać na scenie. „To były dziwne czasy. Z jednej strony wojna i śmierć – z drugiej młodość, radość i życie. Życie brało górę” – powiedziała Hanka, która mimo trudnych warunków spełniała swoją pasję aktorską. Kiedy dotarła po wojnie do Białegostoku, zastała miasto doszczętnie zniszczone z powodu bombardowania. W maleńkim budynku ocalałego kina, pośród ruin i gruzów, zaczęła grać. W Łodzi pierwszą sceną Hanki była podmurówka, która została po dawnym budynku.
Od najmłodszych lat miała kompleksy dotyczące swojego wyglądu. Stwierdziła kiedyś, że od zawsze była bardzo chłopięca. Hanka nie znosiła swojego nosa. Twierdziła, że jest za duży i kartoflowaty. Dyrektor szkoły teatralnej – Aleksander Zelwerowicz bynajmniej nie wybił jej tych kompleksów z głowy, gdy skierował do niej specyficzny komplement: „Takiego kinola ze świecą darmo szukać”. Przykrość zrobił jej także podczas egzaminu na trzeci rok. Kiedy Hanka recytowała tragiczny monolog Szimeny z Cyda Corneille’a, z trudem tłumił śmiech. W końcu przerwał jej występ i podsumował go słowami: „Zabierzcie tego krokodyla ze sceny, bo umrę ze śmiechu”. Chodziło mu o to, że Hanka pasuje do innych ról niż dramatyczne. W przyszłości okazało, że miał rację, ale wtedy dla dziewczyny był to powód do rozpaczy. Kiedy wreszcie pogodziła się ze swoim wyglądem i była na szczycie sławy jako zabawna królowa estrady, w dniu swojego jubileuszu, otoczona mnóstwem kwiatów, usłyszała od mamy: „Wiesz, Hanusiu, żebyś ty była taką artystką jak Zofia Mrozowska czy Aleksandra Śląska, to ja bym się cieszyła. Bo z ciebie to się tak śmieją”.
Tę Annę o smutnych oczach i ustach bez uśmiechu najbardziej dostrzegam w wielkiej gwieździe estrady, gdy myślę, że nigdy nie doświadczyła wielkiej miłości. W Wilnie wzięła ślub ze swoim przyjacielem ze studiów – Jerzym Duszyńskim. W książce autobiograficznej Bielicka pisze o nim: „(…) był najbardziej znanym polskim amantem, który po Skarbie stał się bożyszczem wszystkich kobiet. Pobraliśmy się dużo wcześniej, gdy obydwoje dopiero co skończyliśmy studia, a o karierze nawet nie marzyliśmy”. Hanka nigdy nie patrzyła na niego jak na nieziemsko przystojnego chłopaka. Dla niej był bardziej bratnią duszą. Była w nim „zadurzona po koleżeńsku”. Wojna odcięła dwójkę młodych ludzi od ognisk rodzinnych. Utraconej rodzinności szukali w sobie nawzajem. „Może i dlatego się pobraliśmy?” – Hanka pytała samą siebie. Swoje małżeństwo z Jerzym określiła jako „wymuszone przez historię”.
Weselne śniadanie urządziła im sama Hanka Ordonówna. Nie było to jednak przyjęcie, o jakim marzą współczesne dziewczyny. Panna młoda do ołtarza poszła w liliowej sukience i niemodnym płaszczyku, gdyż nie miała nic innego. W ręce trzymała żółtą różę podarowaną przez sąsiadkę. Hrabiowskie mieszkanie Ordonówny, w którym „ucztowali” po ślubie, było piękne, jednak prawie pozbawione mebli. Goście ledwo mieli na czym siedzieć. Poczęstunkiem były sałatka i jajka na twardo.
„I tak to przyjacielskie małżeństwo trwało, niepotrzebnie i za długo, aż stało się fikcją”. Po dwudziestu latach Hanka i Jerzy wzięli rozwód. Ich drogi się rozeszły. Swój związek Bielicka otwarcie określała jako nieudany. Nigdy później nie przeżyła żadnej miłości. Również dlatego, że była pochłonięta pracą. Życie w biegu nie dawało jej odczuć braku miłości. Dużo później, gdy zwolniła tempo, zatęskniła za kimś bliskim u boku i za gorącym uczuciem. Pod koniec życia powiedziała, jak zwykle trochę żartobliwie, lecz z zamaskowanym żalem: „Teraz mam więcej czasu na czytanie romansów. Lubię je czytać, bo dowiaduję się, że np. z powodu ukochanego można czuć dreszcze po plecach. Dla mnie to zupełna nowość. Ja miewałam je tylko z przeziębienia”. Niektórych zadziwią pewnie słowa Hanki Bielickiej o samej sobie: „Im dalej posuwam się w bawieniu ludzi, tym bardziej jestem zamknięta i osamotniona z wyboru”.
Hanka Bielicka stała się promykiem radości trzech pokoleń Polaków. Ciemną rzeczywistość, zwłaszcza tę PRL-owską, rozświetlała swoim poczuciem humoru. Wiedziała, co zrobić, co powiedzieć, żeby ludzie się śmiali. Poświęciła własne życie osobiste, aby rozbawiać innych. Jej życia nie odmierzały godziny i lata, lecz teksty, których ciągle uczyła się na pamięć.
Piosenki, obrazy malarskie, filmy trwają, a pojedyncze występy estradowe – nigdy niezarejestrowane dziełka sztuki – przepadają w odmętach przeszłości. Czy kiedyś ktoś zdziwiony powie o niej, tak jak Hanka Bielicka o Ordonównie: „Dziwnie ludzie o niej zapomnieli…”?
Agata Kadłubowska
_________________
Cytaty pochodzą z publikacji:
Bielicka Hanka, Uśmiech w kapeluszu, Łódź 2000, oprac. Maria Sondej.
Wielcy Polacy, Warszawa 2007, t. 18: Hanka Bielicka. Królowa polskiej estrady, red. Katarzyna Beliniak.


