Polska moją Matką – Łomża moim domem


Ojciec-Jan
Na postawione pytania, gdzie się urodziłeś, gdzie mieszkasz… wymieniamy niemalże automatycznie nazwę konkretnej miejscowości. W moim przypadku, z wielką dumą i satysfakcją wymieniam nazwę mojej najmilszej i najpiękniejszej w świecie, mojej rodzinnej Łomży.

Łomża jest czymś bardzo bliskim mojemu sercu. To nic, że urodziłem się w konkretnym domu przy ulicy Dwornej 54 (ówczesny numer) i mieszkałem tam przez 10 lat do 1948 roku, a następnie przy ulicy Wiejskiej 8 (również ówczesny numer). Ale to właśnie Łomża jest moim domem, w którym wszystko się zaczęło, jak powie o swoich Wadowicach Wielki Polak – Papież Jan Paweł II. Parafrazując Jego słowa, z wielką dumą chcę powiedzieć o mojej Łomży, że tu wszystko moje się zaczęło:

Tu 26 kwietnia 1938 roku życie się zaczęło z małżeństwa Jana i Józefy, rodowitej łomżynianki z Pociejewa, ze znanej w tej dzielnicy pracowitej i pobożnej rodziny Knieciów. Ojciec – Jan Bońkowski, pochodzący z Grajewa, pragnął drugiego z kolei syna nazwać swoim imieniem. Pierwszy bowiem, mając wówczas cztery latka, miał na imię Zdzisław. Matka oraz okoliczne sąsiadki, a zwłaszcza pani Nowińska, która akurat w tych samych dniach powiła syna, którego przyjmowała ta sama akuszerka, nalegały, aby dziecko ochrzcić Andrzejem. Dla Łomży bowiem rok 1938 był rokiem Andrzejów. Tego roku 17 kwietnia został kanonizowany św. Andrzej Bobola a zakonu jezuitów, związany częściowo z Łomżą. W latach 1638-42 kierował on słynną szkołą (gimnazjum męskim) jezuitów w Łomży. I dlatego na chrzcie św. otrzymałem podwójne imiona: Jan, Andrzej…

Tu byłem świadkiem początków drugiej wojny światowej, mając niespełna półtora roczku. Były piękne dni kończącego się lata 1939 roku. W ogródku państwa Janowskich, do których należał dom, w którym mieszkaliśmy, mama urządziła leżakowanie swojemu małemu Jasiowi na kocyku rozłożonym na pachnącej różnego rodzaju ziołami trawie. Naraz na niebie, w jasny, słoneczny dzień, ukazała się niezwykła „gwiazdka”, której Jasio bacznie się przyglądał. I nagle wielki rozbłysk, przypominający zimne ognie na bożonarodzeniowej choince a większy jeszcze pośpiech mamy, która okręciwszy kocykiem rozbawionego widokiem przedziwnego blasku Jasia, uniosła go pomiędzy mroczne ściany swojego zamieszkania, wypowiadając niezrozumiałe dla małego synka słowo – wojna.

I tu na wiele miesięcy urywa się „film o wojnie” do czasu, kiedy ojciec, jako żołnierz 18 PAL-u, po dwumiesięcznych walkach wojennych, a następnie po niewoli niemieckiej, wraca szczęśliwie do domu. Nie zastaje jednak na ten czas matki, która wyszła do sąsiadek, aby rozpytywać o powracających rzekomo z niewoli polskich żołnierzach. Gdy tata z wielką czułością przytulił i ucałował swoich synków, ukrył się w szafie, aby z zaskoczenia przywitać mamę, gdy niebawem nadejdzie. Nie długo trzeba było czekać, kiedy powiadomiona przez sąsiadki mama o powrocie ojca, stanęła wkrótce we drzwiach. I tu pierwszy wita ją Jasio z założonymi do tyłu rączkami, by pośpiesznie oznajmić: mamo, tatusia w domu nie ma! Łez radości i szczęścia nie było końca.

Ale to jeszcze nie koniec tej niezrozumiałej dla pięcioletniego Jasia wojny. Czemu mama płacze, gdy patrząc przez okno na maszerujących trójkami panów z żółtą gwiazdą na ramieniu, a obok co chwilę pojawiający się w wojskowym mundurze, z głęboko wygiętą do tyłu czapką jakiś nieznany żołnierz. A tuż obok niego prowadzony lewą ręką na smyczy wielki, wytresowany wilczur, w prawym zaś ręku skórzany bat. A gdzie są konie? – chciał zapytać Jasio, gdy mama pospiesznie odciągnęła go od okna. I niedługo już trzeba było czekać na trzeci akt „Jasiowego filmu” o drugiej wojnie światowej.

Ale zanim to nastąpi, warto na chwilę przenieść się na przepiękną piaszczystą plażę nad Narwią obok Żelaznego Mostu. Tu niemalże w każdą pogodną, letnią niedzielę, po Mszy świętej u Kapucynów lub w katedrze, a czasem u Panien szło się na wymarzone kąpiele – i te wodne, i te słoneczne. W powrotnej drodze obowiązkowo odwiedzało się babcię i dziadka Kneciów wraz z wujkiem Józiakiem, mieszkających u państwa Orzołków na Zielonej; innym zaś razem wujostwo Cześków lub Staśków, mieszkających niedaleko siebie na Rybakach.

Ale oto nadszedł najtragiczniejszy dzień dla mojego Miasta. Były to początki września 1944 roku. Niemcy cofając się niszczyli wszystko, co stanowiło o pięknie i dostojności Łomży. Od huku i silnych wybuchów z okiem naszego domu wyleciały szyby. Dom państwa Janowskich, w którym mieszkaliśmy, był położony przy ulicy Dwornej u zbiegu z szosą Obwodową (dziś ulica Sikorskiego). Zapada decyzja głowy domu o schronieniu się w Lesie Jednaczewskim. Jest nas już pięcioro, bo w międzyczasie przyszła na świat siostrzyczka Zosia, która ma zaledwie dwa latka. Rodzice w wielkim podnieceniu i pośpiechu ubierają swoje pociechy. – A gdzie jest palto Janka – woła rozdygotany tato. – Trzymasz przecież w rękach – zauważa, wydawałoby się nieco spokojniejsza mama. I tak cała piątka rusza Dworną w kierunku Lasu Jednaczewskiego. Zaledwie jednak doszli do pobliskiej kamienicy Bruszewskiego, na niebie pojawiła się eskadra bombowców zrzucająca na płonące już miasto bomby. Cała piątka chroni się na korytarzu kamienicy, aby po chwili szybkim krokiem przemieścić się dalej. Tym razem oprócz bomb z groźno wyjących samolotów zostaje spuszczony ogień, który pożera liczne zabudowania łomżyńskiego grodu. Gdy doszli do bramy kamienicy, naprzeciwko ulicy Zielonej, gdzie mieszkał przyjaciel naszej rodziny, znany artysta malarz i fotograf zarazem Zygmunt Dudo, kolejny nalot i świszczące pociski. Jeden z nich uszkodził wejście do kamienicy Bruszewskiego, z której tak niedawno uszła piątka uciekinierów. Gdy się nieco uciszyło, doszliśmy zaledwie do Panien, a już pocisk zdruzgotał bramę, która parę chwil wcześniej stanowiła schronienie dla ukrywających się w niej. Klasztor i kościół Panien przyjął nas zgliszczami. Po przeciwnej stronie ulicy ruiny kamienic. Jedynie grota Matki Bożej nie tknięta oraz obok niewielki domek (kapelania), gdzie schroniły się siostry benedyktynki, przyjmując pod swój dach całą naszą piątkę i każdego, kto mógł się tam zmieścić. Nastała noc. Naloty nieco ustały. Tym razem słychać niekończące się głosy modlitw: Zdrowaś Maryjo…, Pod Twoją obronę…, Święty Boże…, litanie…

Z samego rana piątka z ulicy Dwornej ruszyła w dalszą drogę ku Lasu Jednaczewskiemu. Po drodze zatrzymali się obok szpitala Świętego Ducha, aby powiadomić Wandę, najstarszą córkę Bońkowskich, która pracowała tam jako pielęgniarka i mieszkała obok sióstr szarytek w samym budynku szpitalnym. Na wieść o zamiarach chronienia się w lesie, dyrektor szpitala dr Witold Prusiński kategorycznie odradził dalszej „wycieczki” do lasu i całą piątkę przyjął pod dach szpitala. Wtedy to ojciec zaangażował się do pracy w charakterze sanitariusza, a mama do pomocy w kuchni szpitalnej. Spaliśmy po kilkoro na jednym łóżku w dolnej części szpitala, gdzie sufit miał sklepienie beczkowe z występującymi łukowymi zgrubieniami. Mały Jasio, świadomy, że spadająca bomba może przebić dach i z niszczycielską siłą przedostać się aż do samego dołu, wybierał do spania miejsce, nad którym roztaczał się łuk o grubszej warstwie sufitu. Do oświetlenia pomieszczenia nocą służyły świeczki, a okna były szczelnie zatykane, najczęściej poduszkami, aby najmniejsze światełko nie przedostawało się na zewnątrz i nie prowokowało nieprzyjaciela do ataku podczas złowrogich nalotów samolotowych.

Pewnego wieczoru od ogromnej eksplozji i huku wyleciały wszystkie poduszki wraz z oknami. Wkrótce ktoś doniósł: został wysadzony niemiecki kościół. Był to kościół św. Stanisława Kostki mieszczący się na skarpie u zbiegu ulic Rządowej i Zjazdu. Przechodził on przedziwne koleje. Najpierw osiedlili się tu jezuici w 1609 roku budując pierwszy kościół. Po kasacie jezuitów kościół przejęli pijarzy w 1774 roku. Zarówno jezuici jak i pijarzy prowadzili przy tym kościele szkolnictwo. W 1935 roku świątynia została przekazana ewangelikom. Odtąd łomżyniacy nazywali go kościołem niemieckim. I właśnie w 1944 roku wycofujące się wojska niemieckie doszczętnie zniszczyły ten kościół.

Jak niebezpiecznymi były wszelkie punkty świetlne w porze nocnej podczas nieprzyjacielskich nalotów, przekonali się liczni mieszkańcy Łomży, którzy opuściwszy zniszczone domy, zgromadzili się w ogrodach Panien i nocą rozpalili ognisko. Wielu zginęło, a część ciężko rannych dostarczono do szpitala. Tu widziałem ich zmasakrowane twarze oraz kapucyna ojca Atanazego Niziołka, który zaopatrywał ich na śmierć. Pewnego dnia do szpitala przybył groźny Radke, który przez swoich żołdaków niemieckich wnosząc do wnętrza budynku skrzynki z amunicją oświadczył, że szpital za kilka godzin będzie wysadzony w powietrze. Dzielna przełożona szarytek s. Zofia mobilizuje pozostałe siostry do szturmu modlitewnego w kaplicy szpitalnej przez pośrednictwo Niepokalanej, której nienaruszona figura stała przed frontonem szpitala. Sama zaś błagając o litość potwornego Radke, wręcza mu ostatni zapas spirytusu ze szpitalnej apteki. I o dziwo, szpital został uratowany. Ale zmagający się front wojenny nie pozwoli na dłuższe funkcjonowanie szpitala w mieście. Wkrótce nastąpi ewakuacja szpitala w bardziej bezpieczne miejsce – do Jasienicy, niedaleko Ostrowa Mazowieckiego. Dopiero po wyzwoleniu, pod koniec kwietnia 1945 roku szpital, a wraz z nim piątka z ulicy Dwornej, powróci do Łomży.

Tu szkoła się zaczęła. Zanim jednak mama zapisała swego już siedmioletniego Jasia do szkoły, wpierw wraz ze starszym o cztery lata Zdzisławem, pośle na naukę przygotowawczą do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej. Pokaźna grupę dzieci, o wielce zróżnicowanym wieku, przygotuje do inicjacji sakramentów znany rodzicom ks. Walerian Szubzda, który przed laty, będąc wikarym w grajewskim kościele, błogosławił ich związek małżeński. Intensywne katechezy oraz pozytywny sprawdzian o dostatecznej wiedzy i przygotowaniu do sakramentów sprawił, że po około dwóch miesiącach nauki przyszedł dzień pierwszej spowiedzi i pierwszej Komunii świętej, a zaraz tydzień później – sakrament bierzmowania, którego udzielił ks. bp Stanisław Kostka Łukomski.

I wreszcie pierwszy po wojnie początek roku szkolnego 1 września 1945 roku. Najbliższą szkołą była ta, której patronowała Królowa Jadwiga, szkoła nr 6 przy ulicy Dwornej róg Giełczyńskiej. Gdy mama podawała w szkole imiona urzędowe swego synka: Jan, Andrzej – starsza pani Bielska, wychowawczyni klas początkowych, zadecydowała, to będziemy nazywali go Andrzejkiem. I tak od pierwszej do czwartej klasy znany byłem wśród swoich kolegów i koleżanek jako Andrzej. Do klasy drugiej nie chodziłem, gdyż klasę pierwszą zaliczyłem jako semestralną, gdzie w ciągu jednego roku szkolonego był przerabiany materiał z dwóch klas początkowych. W tym czasie dyrektorem szkoły był pan Włodzimierz Fedyszyn, którego jeden z jego synów był ze mną w jednej klasie. Kolejnymi opiekunkami klasy były panie: Eugenia Bobrow, Stefania Dmochowska, Władysława Neyowa. Lekcje religii przeprowadzała pani Bielska. W każdą niedzielę dzieci zbierały się w szkole przed godziną dziewiątą, aby stąd czwórkami przemaszerować do pobliskiej katedry na Mszę św. szkolną o godz. 9.00. Najbardziej fascynowała mnie grupa harcerzy, którzy w pełnym umundurowaniu, wraz ze sztandarem, w większe uroczystości przewodzili orszakowi szkolnemu do kościoła. Czekałem z niecierpliwością, kiedy osiągnę odpowiedni wiek, abym również mógł założyć harcerski mundur.

Podczas wakacji uczestniczyłem w półkoloniach organizowanych na „Stadionie Biskupa” przy ulicy Obwodowej (Sikorskiego), tuż za cmentarzem. Dziś, kiedy w pobliżu pobudowano kościół Miłosierdzia Bożego, a na byłych terenach „Stadionu Biskupa” wzniesiono bloki mieszkalne, pozostały wspaniałe brzozy, świadkowie tamtych lat, gdy jako niewielkie wówczas krzewiny brzozowej leśnej szkółki, swoim cieniem koiły leżakujących po objedzie półkolonijnych malców. Po odpoczynku przychodził czas na różnego rodzaju gry i zabawy. Najbardziej zaś uroczyście przeżywane były odwiedziny ks. biskupa Stanisława Kostki Łukomskiego, gdzie przeróżnych zabaw, piosenek, wierszy, żartów, skeczy – nie było końca. Najbardziej interesująco wypadała zawsze grupa harcerska, dla której ksiądz biskup zdał się okazywać najwięcej sympatii. Przypatrując się interesującym podchodom oraz przeróżnym ciekawym grom i zabawom harcerzy, poza półkoloniami i w czasie wolnym od nauki próbowaliśmy z kolegami z podwórka naśladować naszych kolegów w harcerskich mundurach. Terenem naszych podchodów i innych zabaw był duży sad pana Bruszewskiego, który dobrodusznie zezwalał na nasze niewinne harce. Zimą najciekawsze były zjazdy ze „śledzia” sankami lub na zakrzywionej desce od rozeschniętej starej beczki. Długo nie wiedziałem, dlaczego wąska, górzysta uliczka (o nazwie Marynarska), po której najchętniej zjeżdżało się po śliskiej, zaśnieżonej nawierzchni, nosi nazwę śledzia. Na tej bowiem ulicy mieszkali zacni gospodarze, państwo Śledziescy.

Po ukończeniu klasy czwartej na najbliższy rok szkolny dostałem się pod opiekę swojej starszej o 16 lat siostry w Łodzi, gdzie uczęszczałem do szkoły nr 62 im. Stanisława Staszica przy ulicy Pabianickiej. Poza nauką brałem tez czynny udział w zajęciach rozrywkowych w Oratorium księży salezjanów przy ulicy Wodnej. Tu z bliska z zaciekawieniem przyglądałem się drużynie harcerskiej działającej przy Oratorium. I choć siostrzana łagodność względem brata nie pomogła mu uzyskać promocji do następnej klasy, to jej wpływ wychowawczo patriotyczny sprawił, że po powrocie do Łomży zaciągnął się w szeregi harcerstwa, powtarzając piątą klasę, tym razem w szkole nr 1 na Rybakach. W międzyczasie bowiem rodzice przenieśli się z Dwornej na ulicę Wiejską, a według ówczesnej rejonizacji dla dzieci z tej części miasta przydzielona była właśnie szkoła na Rybakach. W tym czasie poznałem wielu nowych kolegów: i tych z nowej szkoły, i tych z sąsiednich domów w dzielnicy Rembielin, i wreszcie tych wspaniałych druhów w harcerstwie, którego stałem się prawowitym członkiem, jak również licznego grona ministrantów, w którego szeregach także się znalazłem, służąc do Mszy św. w kościele ojców kapucynów.

Do szkoły prowadziły dwie drogi: górą lub dołem. Jeśli rano miałem dyżur służby liturgicznej w kościele, do szkoły szedłem górą, czyli ulicami: Wiejską, Piękną, Rządową, do kościoła przy Krzywym Kole, a następnie schodkami kamiennymi w dół na Rybaki. Jeśli nie miałem zajęć w kościele, wówczas dołem: z ulicy Wiejskiej, przez Zamiejską wprost na Rybaki. Były to lata, kiedy odgruzowywano Łomżę ze zniszczeń wojennych i budowano nowe obiekty. Ciekawym zjawiskiem odgruzowywania kościoła na skarpie przy zbiegu Rządowej i Zjazdu były ułożone szyny kolejki wąskotorowej wzdłuż ulic Pięknej i Wiejskiej ku Zamiejskiej z jednej strony oraz ulicą Zjazd do Zamiejskiej z drugiej strony. Wózkami po tych torach przewożono gróz zasypując wzdłuż nisko położoną ulicę Zamiejską. W ten sposób wyrównane zostały poziomy pomiędzy końcem ulic Wiejskiej wraz z Nadnarwiańską, a przecięciem ulicy Zjazd i dalej wprost na Rybaki. Idąc pewnego dnia w gronie kolegów po świeżym nasypie ulicy Zamiejskiej do szkoły, zwróciłem uwagę: popatrzcie chłopcy, nie tylko Warszawa ma trasę W-Z, ale my też mamy. Podchodząc zaś do Zjazdu, z dumą zauważyłem: i schody ruchome też mamy, wskazując na kamienne schodki, które ze starości się ruszały, a po których dawnej schodziło się ze Zjazdu na Zamiejską.

I tu kapłaństwo się zaczęło, a wpierw życie zakonne się zaczęło. Droga do kapłaństwa była jeszcze bardzo długa, kręta i wyboista. Na ten temat pojawiła się specjalna pozycja książkowa, zatytułowana: „Spotkałem Ojca Honorata”. Po szkole podstawowej, w roku 1952 zostałem przyjęty do Liceum Ogólnokształcącego przy ulicy Bernatowicza w Łomży, gdzie po kilku początkowych lekcjach łaciny, zostałem wbrew własnej woli przeniesiony na język niemiecki. Odczułem to jako osobisty cios, gdyż uważałem (nieświadomie), że znajomość łaciny będzie stanowić bezwzględny warunek przyjęcia do seminarium duchownego. Z tej racji przerwałem naukę, aby ją ponownie podjąć w Technikum Finansowym Ministerstwa Finansów w Łomży – dział Finanse Państwa. Po dwóch latach zostało otwarte kapucyńskie Niższe Seminarium Duchowne w Nowym Mieście n. Pilicą, gdzie ukończyłem maturę, po czym zostałem przyjęty do nowicjatu zakonu kapucyńskiego. W dalszej kolejności trzyletnie studia filozoficzne w łomżyńskim klasztorze kapucyńskim. Następnie po dwuletniej przerwie czteroletnie studia teologiczne w krakowskiej prowincji kapucynów, by wreszcie w dniu 24 czerwca 1967 roku w kościele zakonnym kapucynów w rodzinnej Łomży przyjąć ŚWIĘCENIA KAPŁAŃSKIE z rąk księdza biskupa Czesława Falkowskiego. Uroczystą Mszę świętą Prymicyjną w otoczeniu licznych współbraci zakonnych, rodziny, nauczycieli, wychowawców, przyjaciół i wielu życzliwych ludzi odprawiłem nazajutrz 25 czerwca w umiłowanym kościele kapucynów, w mojej rodzinnej Łomży, w Mieście, w którym tak wiele się zaczęło.

 

o. Jan Bońkowski, kapucyn