s-wyszynski-cytat

StartAktualnościŁomżyniacy na powstańczych barykadach Warszawy

Łomżyniacy na powstańczych barykadach Warszawy


Jan Jaworowski
W  69. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego przedstawiciele władz Łomży i powiatu, parlamentu i wojska złożyli kwiaty i zapalili znicze przed pomnikiem żołnierzy AK przy Al. Legionów oraz w Łomżyńskiej Dolinie Pamięci przy Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Na Starym Rynku okolicznościowe spotkanie wyznaczyła sobie grupa kibiców ŁKS. O 17.00 miasto wypełnił dźwięk syren alarmowych. Niestety, tylko nieliczni przechodnie zastosowali się do apeli o zatrzymanie się w tym momencie i uczczenie chwilą skupienia pamięci Powstańców.

A przecież wśród walczących i ginących na warszawskich barykadach powstańczych nie brakowało także łomżyniaków. Ilu ich było? Nie wiadomo. Nie ma to zresztą dziś najmniejszego znaczenia. Byli. I jak ich warszawscy przyjaciele swoją krwią pieczętowali polskie drogi do wolności. Jerzy Smurzyński – mieszkający dziś w stolicy łomżyniak - znał osobiście jednego z nich. Dzisiejsza data jest dobrą okazją, by przypomnieć tę niezwykłą, fascynującą, tak ważną dla polskiej historii znajomość.

Podharcmistrz por. Jan Jaworowski „Maryśka” (na zdjęciu) – dowódca plutonu „Alek” z kompanii „Rudy” harcerskiego batalionu „Zośka” urodził się 16 maja 1920 roku w Łomży. Był uczniem Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Łomży i harcerzem działającej przy tym gimnazjum I Łomżyńskiej Drużyny Harcerskiej. W 1938 roku zdał maturę i aby przed rozpoczęciem studiów mieć „uregulowany stosunek do służby wojskowej”, jesienią 1938 roku zameldował się w Mazowieckiej Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii w Zambrowie. Stąd w 1939 roku jako podchorąży został skierowany do 33 pułku piechoty w Łomży, z którym przeszedł jego szlak bojowy unikając niewoli. Po zakończonej kampanii przedostał się do Warszawy, gdzie podczas okupacji niemieckiej działał w polskim podziemiu zbrojnym i studiował medycynę na tajnych kompletach.

Jak wspomina Zenek Skrzek, przyjęło się w pewnym okresie w klasie, że chłopcy wołali do siebie nie imionami własnymi, a imionami swoich sympatii. On miał sympatię Basię, a więc wołano na niego „Baśka”. Janek miał Marysię – został więc „Maryśką”. To łomżyńskie, szkolne przezwisko obrał sobie jako pseudonim w Szarych Szeregach. 

Od pierwszego dnia Powstania, „Maryśka” był, jak wszyscy żołnierze „Zośki’, w pierwszej linii. Zdobywał Gęsiówkę, Pawiak i magazyny na Stawkach. Bronił cmentarzy na Woli i Starym Mieście. Za czyny bojowe został odznaczony orderem Virtuti Militari V klasy oraz Krzyżem Walecznych.

Był duszą plutonu. W najcięższych chwilach zawsze uśmiechnięty, rozbawiał wszystkich swoimi słynnymi w całej kompanii, dowcipami. Najlepiej oddaje to wspomnienie „Boruty”: „(...) Idziemy na wypad. „Maryśka” idzie przodem sypiąc jak zwykle dowcipami. Wszyscy się śmieją. Kilku chłopców wyznaczonych do zadania w rejonie zachodniego muru cmentarza, uśmiechnięty „Maryśka” poprowadził pod gęstym ogniem. 

Ale jak trzeba było potrafił „rzucić mięsem” w kierunku Niemców. Wtedy zaciśnięte zęby zastępowały tak charakterystyczny dla „Maryśki” wesoły uśmiech. Oprócz kawałów, czasami bardzo pieprznych, ale opowiadanych jedynie wtedy, kiedy nie było w pobliżu dziewcząt, zasłynął też grą na fortepianie. Wszędzie gdzie tylko zakwaterował się pluton, „Maryśka” wyszukiwał jakiś instrument i grał. Grał wszystko: melodie sentymentalne i wesołe „kawałki”, ale najczęściej swoją nieśmiertelną „Jalousie”.

We wspomnieniach podkomendnych i kolegów pozostał na zawsze jako odważny, idący do natarcia zawsze na czele i zawsze uśmiechnięty, tryskający humorem, oficer – kolega. Czasami tylko na kwaterze usiłował w tym „wojsku świętej Jadwigi”, jak miał w zwyczaju zwracać się niekiedy do swoich żołnierzy, wprowadzać życie garnizonowe – sprawdzanie broni, czystości obuwia, złożenia mundurów... Wtedy, jak mawiali chłopcy, „powiewał nad nimi duch dowódców Maryśki z zambrowskiej podchorążówki”.

22 sierpnia, biegnąc przez podwórze dostał się pod ogień moździerzy. Był tak poharatany, że sanitariuszki nie wiedziały jak go bandażować. Miał w ciele kilkadziesiąt drobnych odłamków. Kiedy niesiono go na noszach do szpitala, chyba pierwszy raz jego żołnierze zobaczyli na twarzy swojego dowódcy zamiast uśmiechu, łzy. Powiedział: „Czołem chłopcy! Trzymajcie się dobrze i czekajcie na mnie. Pewnie niedługo wrócę do was...” Sam pewnie w to nie wierzył.

Pluton objął po nim „Mały Jędrek” (Andrzej Makólski), który poległ już tego samego dnia. „Maryśka” zmarł z ran w szpitalu św. Stanisława 10 października 1944 roku. Miał 24 lata. Spoczywa w kwaterze „Zośki” na warszawskich Wojskowych Powązkach.

JERZY SMURZYŃSKI

Opracowano na podstawie pamiętników żołnierzy baonu „Zośka”, Nasza Księgarnia 1957 r, „Łomżyńskich wspomnień” – wydawnictwa Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej w Warszawie w 1998 r. oraz materiałów własnych.

  

Jeszcze jednego bohaterskiego łomżyniaka w Powstaniu Warszawskim spotkał w

swoich dziennikarskich poszukiwaniach red. Mirosław Derwońko:

  

 

Mieczysław Bruszewski ps. Pudel (lat 86) przypnie Virtuti Militari w Warszawie, gdzie 65 lat temu odłamki

niemieckich pocisków okaleczyły go, ale na szczęście nie odebrały życia. Będzie na uroczystościach,

upamiętniających 65. rocznicę Powstania Warszawskiego. Będzie  również na Powązkach, gdzie co roku modli

się przy grobach poległych kolegów z AK, w kwaterze  Oddziału Specjalnego Juliusz, wchodzącego w skład

batalionu Gustaw-Harnaś.

Kilka dni wcześniej przy Wiejskiej w Łomży na stole w mieszkaniu inwalidy wojennego – jak z dumą, ale

smutkiem w głosie mówi o sobie weteran - leży eleganckie zaproszenie od prezydenta, marszałków Sejmu i

Senatu oraz premiera Rzeczpospolitej, o której wolność walczył jako żołnierz Armii Krajowej. Jak rodowity

łomżyniak trafił do Powstania Warszawskiego...?

Urodził się 14 czerwca 1923 r. w Łomży, gdzie jego ojciec Henryk prowadził kilkuhektarowe gospodarstwo i

kamienicę czynszową, do dziś jeszcze stojącą  przy ul. Dwornej 56, a mama Jadwiga z d. Gosk zajmowała się

domem. Mały Mieczysław ukończył siedmioklasową szkołę podstawową nr 1, która wówczas mieściła się na ul.

Rybaki, i dwie klasy gimnazjum męskiego przy ul. Bernatowicza. Naukę przerwał, kiedy musiał z Łomży

uciekać, bo z prowizorycznego magazynu broni przy ul Polowej ukradł z kolegami Gołaszewskim i Zalewski

kilka karabinów. Schowali je w chlewni u państwa Majewskich z ul. Dwornej. Ich rówieśnik Stasio Majewski

naoliwił broń i ukrył w zbiorniku na gnojówkę, o czym doniósł na gestapo volksdeutsch Lemfert.

- Stasia aresztowali i zamordowali, ale on nie sypnął – wspomina Mieczysław Bruszewski. - Kradło się,

kombinowało na wszystkie strony, bo broń była potrzebna w konspiracji, bez broni ani rusz. O takiej

patriotycznej młodzieży, jaka była przed wojną, to nawet pomarzyć można, wszyscy tacy młodzi jak ja! Ale

trzeba było uciekać...

W Warszawie znajomi z Łomży, których miał w stolicy, skierowali go do tajnej drukarni przy Rynku Starego

Miasta. Mieściła się w piwnicy Domu Fukiera, gdzie pan Mieczysław pracował prawie dwa lata jako maszynista,

drukując  nielegalne podziemne ulotki i gazetki. - I tam mnie zastało Powstanie – opowiada żołnierz. - Nie

wiedziałem, kiedy wybuchnie, ale atmosfera była taka... Do walki z Niemcami! Przez nasz oddział specjalny

Juliusz przewinęło się jakieś 120 osób. Żyje tylko jeden, kolega Bartnik z Warszawy. I ja...

Godzina W we wspomnieniach Mieczysława Bruszewskiego wygląda następująco: kiedy Niemcy schodami od

strony Powiśla doszli do  Rynku Starego Miasta, wybiegł z drukarni i z dwoma czy trzema kolegami zaczął

strzelać, tak że hitlerowcy się wycofali. Zaraz potem ruszył na poszukiwania swego oddziału na Woli.

Towarzyszył mu kolega z Łomży Zbigniew Ochyński, ps. Zbyszek (poległ na Starym Mieście 23 sierpnia). Z

trudem, bo nie było łączności, ale dotarli do oddziału. Po czterech tygodniach krwawych walk ulicznych o każdy

dom „Pudel” opuszczał jako jeden  z ostatnich Stare Miasto kanałami do Śródmieścia. Wędrówka w ciemności i

odorze dłużyła się niemiłosiernie.

- Ze siedem godzin, bardzo męcząca, miejscami ponad kolana brudnej, kanalizacyjnej wody, a przed wyjściem

przy ulicy Wareckiej przez kilometr szło się na ugiętych nogach i nisko pochylonym – opowiada powstaniec. -

Byliśmy wygłodzeni, pomęczeni, nie szło się kanałami bezpośrednio, tylko kluczyło, bo w tym czasie Niemcy

wlewali przez włazy benzynę do kanałów, podpalali i granaty rzucali, jak się trafiło!

Na początku września 1944 r. – prawdopodobnie 3 września, jak podaje Robert Bielecki w monografii „Dwa

powstańcze oddziały” (PIW 1989) – Mieczysław Bruszewski został  pokiereszowany odłamkami pocisków.

Z prowizorycznego szpitala na Powiślu trafił do Brwinowa, a po rekonwalescencji wrócił do Łomży. Tutaj dopadło

go UB i oskarżyło o posiadanie broni i współpracę z bandami, co miało związek z grupami konspirującymi na

miejscu. Osiem lat przesiedział w więzieniach w Warszawie i w Rawiczu. Pracował w więziennej bibliotece i

ukończył szkołę, w której nauczył się introligatorstwa. Po wyjściu na wolność założył w okolicy roku 1957 zakład

introligatorski.

- Prowadziłem go 50 lat, dziesięć lat na Dwornej, a jak się wzbogaciłem, to kupiłem maszyny i dom postawiłem

na Krótkiej – mówi powstaniec, dzięki którego umiejętnościom niejedna zniszczona książka odzyskała dawny

blask. - Teraz jeszcze mam tam mały warsztat...

Swojej „prywatnej” historii powstańczej nie opisał w pamiętniku ani w listach. Tylko za komuny spotykał się po

kryjomu z kolegami z oddziału na nocne Polaków rozmowy. Wspominali dni Powstania i swego dowódcę

Antoniego Chruściela, ps. Monter, który podpisał rozkaz o przyznaniu Virtuti Militari odważnemu łomżyniakowi. I

wówczas, i wiele razy później pojawiało się pytanie o sens powstańczej ofiary.

- Ponieważ miałem doświadczenie z Ruskimi na naszym terenie, to uważałem tak: powstanie nie jest dobre, ale

gdyby nie było powstania, jakby przyszli Ruscy, to przywódców by uwięzili, a wszystkich powywozili i wystrzelali.

Nikt by się nie uchował.

  

 

MIROSŁAW r. DEREWOŃKO

za www.4lomza.pl, 2009 r.

  

I jeszcze jeden wspomnieniowy felieton jednej z najbardziej znanych łomżynianek, wieloletniej

dziennikarki radiowej i telewizyjnej, red. Haliny Miroszowej (na zdjęciu poniżej) - także uczestniczki

walk o Warszawę, choć nie w samym Powstaniu.Na wezwanie Komendy Głównej Harcerek z 7

września 1939 zgłosiła sięnatychmiast i dostała przydział jako sanitariuszka do III batalionu 360 Pułku

Obrony Warszawy. II wojnę swiatową spędziła w Warszawie. Podjęła służbę w Szarych Szeregach i

Związku Walki  Zbrojnej. W konspiracji zajmowała się kolportażem prasy podziemnej w grupie

kolporterek, zwanych „dromaderkami”, dowodzonej przez Aleksandra Kamińskiego „Olka”. W

listopadzie 1941 r. poślubiła kolegę z łomżyńskiego gimnazjum, Antoniego Rościszewskiego, oficera 7

Pułku Piechoty Legionów AK „Garłuch”. W styczniu 1943 urodziła syna Jacka i przerwała studia.

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego Antoni skłonił żonę, by wyjechała z synem do Zalesia.

Sam walczył na Okęciu, przedostał się do Włoch pod Warszawą i tam został aresztowany, zesłany do

Oświęcimia, skąd przeniesiony do obozu KL Natzweiler – Struthof w Alzacji zginął 4 stycznia 1945. W

swoim zbiorze felietonów opublikowanych w ostatnim, 11 roczniku Towarzystwa Przyjaciół Ziemi

Łomżyńskiej,  "Ziemia Łomżyńska" Halina Miroszowa pisze:

  

MiroszowaKiedyś, w czasie przypadkowego spotkania,

Agnieszka Osiecka powiedziała mi: - Wie Pani, nie dawno miałam spotkanie z młodzieżą. Jedna dziewczyna

zapytała mnie, jak to było: komuna, ludzie w więzieniach a wy z tym swoim kabaretem, piosenki, śmiechy. Jak

mogliście?

Właśnie: jak mogliśmy?

Zaraz po zakończeniu wojny pracowałam w Stołecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym. Odbudowywaliśmy

Warszawę. A przecież prawie nie wierzyliśmy, że z tej strasznej dziury po bombie jaką była Warszawa coś w

ogóle będzie można odbudować. Ale robiliśmy to. Pierwsze małe furki zwoziły rudą cegłę z rumowisk, cegły,

które wszyscy mieszkańcy oczyszczali z brudu i resztek zaprawy i ustawiali w stosy. Ale te małe furki to były

pojazdy okolicznych sąsiadów Warszawy. Ich prawie nic nie dotknęło, tylko pracy nie było. Ale była ta dziura -

ruina Warszawa. Więc zgłaszali się i pracowali od rana do nocy. Oni byli pierwsi. Warszawiaków nie było.

Polegli, a resztę Niemcy wyrzucili z miasta.

I właśnie przyszła pierwsza rocznica Powstania. W SPB zebrano nas na podwórzu. Pierwszy sekretarz PPR

wyszedł na ganek otaczający podwórka. Był Żydem, cudem uratował się w obozie. Opierał się na kulach i mówił

do nas: "Oni walczyli za niesłuszną sprawę, byli bohaterscy ale nie wiedzieli, że są użyci w nikczemnej grze.

Darujcie im - w tę pierwszą rocznicę"!

Czułam, że się duszę. On mówił o moich braciach i mężu! Jak śmiał?! Dławiłam się od łez... Wyszłam z

podwórka. Za rogiem skręciłam w boczną uliczkę, a tam wisiał wielki plakat: "AK - zapluty karzeł reakcji". Pod

nogami posągowego żołnierza  I Armii WP plątał się właśnie on - zapluty karzełek z opaską AK. Odwróciłam

głowę. Alejami furka za furką sunęły małe koniki z cegłą. Warszawa się odbudowywała. Rodziłysię dzieci,

umierały matki, trzeba było zbudować dom. Ten plakat, ten sekretarz i ja. "Przekleństwo łzom, które

się próżno leją, gdy spłonął dach nad głową i runął dom. Gdy trzeba trwać z rozpaczą i nadzieja i nie uginać

czoła!"

Tak, to było możliwe...

  

HALINA MIROSZOWA  

SALONIK WYDAWNICZY

Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej
ul. Sienkiewicza 8

Zapraszamy
codziennie od 8.00-15.00

JEDYNA W REGIONIE BAZA WYDAWNICTW O ŁOMŻY
I ZIEMI ŁOMŻYŃSKIEJ


1-procent

PRZEKAŻ NAM

1 % PODATKU

W zeznaniu rocznym wpisz nazwę OPP:

Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej

 oraz numer KRS:

 0000085533 

Mist

14°C

Łomża

Mist

Humidity: 89%

Wind: 6.44 km/h

  • 20 Sep 2014

    Partly Cloudy 21°C 11°C

  • 21 Sep 2014

    PM Showers 21°C 13°C

cmentarz-bramaratujemy-zabytki-cmentarne

Free business joomla templates